FESTIWALU

Relacja z Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier 2017 oczami Deadpool Polska

Okej, postawmy sprawę jasno. Pomimo iż miałem możliwość uczestniczenia w całej imprezie Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi, to byłem tylko na jej jednym, malutkim skrawku. Powodem były sprawy prywatne, ale już mogę powiedzieć, że żałuję takiego obrotu spraw.

To po pierwsze, zaś po drugie, moja ekipa radośnie się albo pochorowała albo wypięła, więc byłem sam jak palec… więc jest to tylko moimi oczami. Zapraszam do tej krótkiej relacji.


Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi to coroczne wydarzenie, ściągające do Łodzi tysiące młodych (i starszych zresztą też…) ludzi, którzy głodni nowości komiksowych, a także spragnieni uzupełnienia swojej, drogocennej kolekcji, chodzą między wystawcami i godzinami przeglądają pudła pełne historii obrazkowych. Omawiana impreza to taki faktyczny polski odpowiednik amerykańskiego Comic-Conu i zdecydowanie bardziej dedykowany fanom powieści graficznych niż nasza, rodzima, wersja tego wydarzenia. Oczywiście na imprezie znajdziemy także autorów książek, są panele poświęcone sztuce filmowej i serialowej, ale jest to impreza zdecydowanie dedykowana branży komiksowej i growej.


Tegoroczna odsłona miała nie lada atrakcję w swoim repertuarze, a mianowicie, w ramach już 28 odsłony festiwalu, przyleciał do nas Jim Lee, niezwykle utalentowany rysownik, słynący głównie z komiksów z Batmanem oraz Justice League, ale także ilustrujący komiksy z serii X-Men dla Marvela w latach 90. Nic zatem dziwnego, że pod kopułą Atlas Areny, w momencie kiedy przyjechałem, już koczował niewielki tłumek. Warto zaznaczyć, że było parę minut po szóstej rano, kiedy skierowałem swoje kroki do wejścia, pod którym mieli rozdawać autografy. Byłem zaskoczony, gdyż niektórzy ludzie naprawdę nocowali pod wejściem na miejsce imprezy, spragnieni by sam mistrz złożył swój podpis na okładce ich ulubionego komiksu. Była już lista, którą konsekwentnie sprawdzano pod względem obecności, dzięki której mogliśmy ustawić się w kolejce po numerki do bramy z autografami. Szło to sprawnie, a oczekiwanie umiliły krótkie plotki z geekami koczującymi pod drzwiami. Niestety, wraz z nadejściem wyznaczonej godziny, sprawy się trochę pokomplikowały, albowiem regulamin wyraźnie zaznaczył, iż otrzymanie numerka jest możliwe tylko wtedy, jeśli mamy już ważny bilet i akredytację. Niestety, zarówno bramka wydająca numerki, jak i bramka wydająca akredytacje, były otwierane o jednakowej godzinie. Nic więc dziwnego, że co chwilę musiałem opuszczać kolejkę i ryzykować utratę swojego miejsca, i latać od bramy numer numer trzy do bramy numer jeden, by sprawdzić, czy mogę już dostać swoją akredytację. Ostatecznie, mimo stresu, udało mi się zgarnąć zarówno moją plakietkę prasową, jak i miejsce w kolejce do legendy komiksów. Warto by organizatorzy pomyśleli o tym na przyszłość i pozwolili na odbiór biletów oraz akredytacji wcześniej, niż numerki do upragnionego autora. Ja sam, chwilę później, udałem się do wejścia, gdzie otworzyły się przede mną perspektywy obcowania kilka godzin w komiksowym raju.


Z miejsca mogę powiedzieć, że bez przynajmniej kilku stów nie ma się co tu pojawiać. Kilkudziesięciu wydawców, sklepów i niezależnych wystawców skutecznie może odessać nam z portfela ogromne ilości pieniędzy, niczym dobra wyprzedaż na platformie Steam. Do wyboru mamy tu komiksy zarówno rodzimych wydawców, takich jak Egmont, Mucha Comics czy Scream Comics, jak i setki komiksów amerykańskich, które nabędziemy choćby dzięki Atom Comics. Dla kolekcjonerów, antykwariaty wystawiały się z komiksami, które dawno wyszły z druku na polskim rynku. Za odpowiednią (i zazwyczaj znaczną) opłatą, mogliśmy się tu stać właścicielami nowiutkiego komiksu Old Man Logan z serii Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, który obecnie osiąga znaczne kwoty na aukcjach.

Jeśli jednak Wam się znudzą zakupy komiksowe, to bez obaw… mamy także kilku wystawców oferujących figurki kolekcjonerskie, żywcem wyjęte z ikon popkultury. A może koszulkę? Grę? To wszystko tu jest.

Oczywiście także fani mang i anime nie powinni być zawiedzeni. Do wyboru były setki powieści z kraju kwitnącej wiśni, poduszki, kubki, breloczki i wszystko inne, czego miłośnik japońskich opowieści może zapragnąć.


Na głównej hali można było także pograć w gry komputerowe, w tym także w najnowsze tytuły, takie jak Tekken, wziąć udział w konkursach, czy poobserwować prezentacje cosplayowe, których było zadziwiająco niewiele.

Oczywiście, jak każdy szanujący się konwent, i tu można było wziąć udział w panelach dyskusyjnych oraz dowiedzieć się, co wydawcy planują zrzucić na nas w przyszłym roku. Sam odwiedziłem (jak zawsze…) panel Egmontu, który mnie zdecydowanie ucieszył, a mój portfel zasmucił. Widać po tym, jak wielkim zainteresowaniem cieszy się komiks w Polsce, a to tylko rośnie… Niestety, pomimo najszczerszych chęci Tomasza Kołodziejczaka, musieliśmy dobrze się wsłuchiwać przez większą część panelu, albowiem organizatorzy nie dali biedakowi mikrofonu.


Następnie przyszła pora na autografy, które miały miejsce na głównej hali. Niewielka wysepka, na której stało kilka stołów, za którymi siedzieli różni autorzy i artyści, przyciągnęła małą grupę miłośników komiksu oraz łowców autografów. Niesamowitym widokiem było oglądanie każdego z mistrzów, z uśmiechem witających się z fanami i podpisujących się na dziełach, do których przyłożyli rękę. W momencie, kiedy na arenę wszedł charyzmatyczny Jim Lee, tłumek się nieco bardziej zacieśnił. Ochrona wpuszczała nas piątkami na wysepkę, prosząc przy tym o numerek. Jim Lee to niesamowicie sympatyczna i uśmiechnięta persona, miałem ten zaszczyt, że udało mi się uścisnąć dłoń mistrza, którą, w chwilę później, złożył podpis na moim Deadpool #33, gdzie był autorem wariantowej okładki. Stało się to, po co tu przyjechałem. Wiem, że później, kiedy fala numerków przeszła, a Jim miał jeszcze chwilę czasu, to robił sobie zdjęcia z fanami i podpisywał się na kolejnych komiksach, które mu podstawiali. Niestety, nie należałem do tych szczęśliwców, którzy mogli sobie z nim zrobić zdjęcie, ani zdobyć autografu, bo powoli zbierałem się do domu. Wiem to, bo mój kolega był takim farciarzem. Wiem też, że Jim podczas swojego panelu, niektórym rysował. Cóż… może następnym razem się uda. 😉

Mój egzemplarz komiksu, podpisanego przez mistrza:

Reasumując, z każdym kolejnym rokiem impreza się rozwija. Brakowało mi jednego, konkretnego wystawcy na auli imprezy, miałem wrażenie, że pomimo bomby jaką zrzucił na nas MFKIG, było jakoś mniej osób niż w zeszłym roku, ale to nie zmienia faktu, że bawiłem się wyśmienicie. 28 odsłona Międzynarodowego Komiksu i Gier sprawiła, że wróciłem do domu bogatszy o kilka nowych pozycji w swojej kolekcji oraz autograf jednego z moich ulubionych rysowników. Wizytę na Atlas Arenie będę wspominał jeszcze jakiś czas, oczywiście ciesząc się, że mogłem wziąć udział w tej imprezie. Mnogość możliwości zakupowych, okazja by spotkać swoich ulubionych twórców, a przede wszystkim spędzony czas w towarzystwie ludzi, takich jak większość czytelników tego przybytku, zdecydowanie motywuje by zachęcić Was do odwiedzenia Atlas Areny za rok. Do zobaczenia na 29 odsłonie. A na koniec, moje, skromne zakupy:

Zdjęcia z festiwalu pochodzą z prywatnego bloga brata mojego przyjaciela Roberta. Serdecznie zapraszam do zobaczenia jego prac i ogromnie dziękuję za użyczenie zdjęć na potrzeby tej relacji:

KLIK: Graduated Grey

Facebook Comments
Kliknij:
0