Cable #1 – Recenzja

ResurreXion ostro jedzie na nostalgii z lat 90, dając zupełnie nowe serie związane z X-Men, min. Gold, Blue, a teraz do tego panteonu trafił także Nathan Summers, ze swoją solową serią pt. Cable. Przyznam bez bicia, że nie jestem zaznajomiony z nowymi wydarzeniami z uniwersum Marvela. Nie mniej jednak, sięgnąłem po ową serię z faktu, iż jestem wielkim fanem postaci Deadpoola, z którą Nate jest dość mocno powiązany. Dlatego bardzo chciałem dać szansę solowym przygodom mutanta, podróżującego w czasie.

-Kontinuum czasoprzestrzenne po raz kolejny zostaje narażone na załamanie za sprawą tajemniczego złoczyńcy, który chce zmontować broń, która… jakże oryginalnie… zniszczy świat. Nate, wyczuwając zaburzenie balansu w czasie, rusza jego tropem, trafiając na Dziki Zachód oraz do feudalnej Japonii.  W Japonii spotyka samurajów z bronią, która nie do końca należy do tego czasu.

-Za scenariusz do Cable #1 odpowiada James Robinson, znany z choćby z także, nowej serii pt. Nick Fury. Trzeba powiedzieć otwarcie – scenarzysta dobrze uchwycił postać, utrzymując to co znamy z przestrzeni ostatnich lat. Nate Summers w ogóle się nie zmienił. To wciąż ten sam twardy i poważny mutant, który z determinacją wykonuje swoją misję, by za wszelką cenę zapobiegać wszelkim anomaliom w czasie. Już na pierwszych stronach zeszytu widzimy jak wparowywuje do salonu umiejscowionego gdzieś na Dzikim Zachodzie, spuszcza łomot lokalnym opryszkom i pyta jednego z nich o informacje dotyczące swojego celu. Oglądanie go na kartkach komiksu to czysta, nieskrywana przyjemność, choć nie do końca wiedziałem czego się spodziewać po solowych przygodach Cable’a. Wydaje się jednak, iż jego pycha sprowadza go na nieco złe tory. Nathan niespecjalnie się przejmuje ilością antagonistów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć. W efekcie kończy na ziemi, w pewnych momentach. Nie można odmówić zdecydowanie temu, iż pierwszy zeszyt jest przepakowany akcją. Fani rozwałki znajdą tu sporo dla siebie. Co więcej, zakończenie zostawia, jak zwykle cliffhanger, który zachęca do tego by wyczekiwać następnych odsłon.

-Za rysunki odpowiada Carlos Pacheco znany choćby ze świeżego Occupy Avengers. Reprezentuje on fajną, przyjazną dla oka kreskę, z typu jaki uwielbiam. Nie ma tu żadnych eksperymentów, kanciastych postaci czy dziwacznych efektów. Proste, bezkompromisowe rysowanie, które sprawia, że chce się śledzić każdy kadr. Zachęca ono też świeżego czytelnika, by z zaciekawieniem przeglądał kolejne strony. Styl Pacheco stanowi doskonały kontrast z ciepłymi kolorami, jakimi są zapełnione strony.

-Reasumując, seria ma dosyć mocny start, zdecydowanie zachęcający by ruszyć tropem za tajemniczym złoczyńcą, ramię w ramię z Cable’em. I choć można być na początku troszkę zdezorientowanym, za czym właściwie nasz siwy mutant podąża, tak odpowiedzi powoli się odkrywają z każdą kolejną stroną. To nadal dobre czytadło dla początkujących, jak i starych wyjadaczy serii związanych z X-Men. Sam dam szansę następnym zeszytom i polecam sprawdzić solowe przygody Cable’a. Być może i Wam przypadną do gustu…

*Recenzja powstała w kolaboracji z serwisem Planeta Marvel, dla którego również pisuje i który polecam fanom komiksów Marvela. 

Facebook Comments
Kliknij:
0